czwartek, 15 sierpnia 2013

XLII

przepraszam, wena totalnie mnie opuściła... pustki w głowie, totalne pustki...


- GDZIE ONA JEST?! GDZIE JEST TA SZMATA?! – krzyczał Kuba, który był trzymany przez ochroniarzy.
Stanęłam jak wryta. Nie wiedziałam co robić. W końcu mnie zauważył.
- TU JESTEŚ DZIWKO. – syknął i jakimś cudem wyrwał się ochroniarzom.
Spojrzałam na niego. Mignęło mi coś w jego ręce. Cholera, miał pistolet. Stwierdziłam, że zaryzykuję. Stanęłam i nawet nie drgnęłam. Uśmiechnął się do mnie. Nie ze złością. Normalnie się uśmiechnął, jakby nic się nie stało. Ale ja wiedziałam, że w jego głowie dzieje się coś innego. Nie wiem czy złość mu przeszła, gdy zobaczył, że się go nie boję, nie wiem co się stało.
- Coś się stało? – spytałam jakby to był normalny dzień, jakby przyszedł w odwiedziny. Taka była moja taktyka.
- Nic wielkiego. – wzruszył ramionami. Podszedł bliżej i mnie przytulił.
Zdziwiłam się, ale normalnie go przytuliłam. Dlaczego on to zrobił? Niech tego nie robi. Nie mogę go przytulać. Muszę się zdystansować. Przez jego ramię zobaczyłam, że biegnie dodatkowa ochrona. Pokazałam im, żeby nic nie robili. Prawie wszyscy się zbiegli. Na szczęście mnie posłuchali i zatrzymali się.
- Nie możesz tu przychodzić z bronią. – zaczęłam mu tłumaczyć jak małemu dziecku, wiedziałam, że jest chory. – Chciałeś komuś zrobić krzywdę? – spojrzałam mu w oczy.
Odwrócił wzrok.
- Chciałeś? –spytałam jeszcze raz.
- Tak. – powiedział tak cicho, że ledwo usłyszałam.
- Komu?
Nic nie powiedział.
- Nie możesz ludziom robić krzywdy.
Spojrzałam mu jeszcze raz w oczy. Miał zwężone źrenice. Kuźwa, był naćpany.
- Ale… - powiedział sennie.
- Nie możesz. – przerwałam mu. – To nie jest w porządku.
- Dobrze. To chodź do domu.
- Nie mogę, jestem w pracy.
- Jesteś w pracy od tygodnia. – warknął.
Uspokój się, uspokój się.
- Niestety, taką mam pracę.
- Przecież mogłaś zadzwonić, cały tydzień czekam aż przyjdziesz.
Muszę zmienić zamki.
- Wiem. Ale to nie powód, żeby robić takie rzeczy.. Zobacz ilu ludzi musiało tu przyjść.
Rozejrzał się dziko po Sali. Zacisnął palce na pistolecie.
- Musisz teraz iść spokojnie do domu. Wypuszczą cię, ale więcej tu nie przychodź, bo źle to się skończy.
- Wrócisz dziś do domu? – spytał z nadzieją
- Tak.
- Dobrze, będę czekał. Inaczej znowu tu przyjdę i wszyscy pożałują.
Przełknęłam ślinę.
- Pa.
- Pa, kocham cię. – powiedział i mnie przytulił.

Co to było do jasnej cholery? On normalnie wyszedł, a wzrok wszystkich skupił się na mnie. Boże… To będzie trudniejsze niż myślałam..

niedziela, 4 sierpnia 2013

XLI

tak, pewnie się wkurzacie, ale nie miałam internetu. przepraszam. ;c



- To nie jest możliwe. Inaczej nie byłabym w ciąży. – powiedziałam spokojnie.
- Ze mną nie. – warknął. – Wiedziałem, wy wszystkie suki jesteście takie same.
- Przestań.. – jęknęłam.’
- Z kim? – warknął. – Pewnie z tym pedałkiem, Harrym. Chociaż nie, tak naprawdę to podrywałaś każdego, pewnie sama nie wiesz kto jest ojcem. – prychnął. – Nick, Timothy, całe One Direction w sumie, Josh, John…
Zrobiłam się wściekła i smutna w jednej chwili. Jak on może w ogóle tak o mnie myśleć?
- Wiem, że jesteś wściekły… ale nie mów takich rzeczy… - jęknęłam.
- Prawda boli, czyż nie? – spojrzał na mnie drwiąco.
- Tak. Boli, że przez chwilę mogło ci przejść przez myśl coś takiego..
- Prawda, szmato, sama prawda.
Pokręciłam głową.
- CO KRĘCISZ GŁOWĄ?! Nie potrafisz nawet przyznać się do tego co zrobiłaś?! – wybuchł.
- KRĘCĘ, BO MOGĘ! Potrafię! Przyznam, że źle wybrałam! Tylu fajnych chłopaków…
- CZYŻBY?! TO I TAK NIE TŁUMACZY TWOJEJ ZDRADY! – wyrzucił ręce w powietrze i odszedł od stołu.
Ja nadal siedziałam. Nie miałam zamiaru wstawać. Nadal piłam miętę.
- NAWET SIĘ NIE BRONISZ?! – wybuchł.
- Po co? Jesteś wściekły i na razie mi nie uwierzysz. – wzruszyłam ramionami. – Niepotrzebnie się zdenerwuję. Tobie też radzę na chwilę się uspokoić.
- NIE BĘDZIESZ MI TU, KURWA, RAD DAWAŁA!
- Jak wolisz.
Stał naprzeciwko mojego krzesła i patrzył na mnie z nienawiścią i pogardą. Był to chyba najgorszy widok w moim życiu. Osoba, którą kochasz, nienawidzi cię za coś, czego nie zrobiłaś. Bałam się uśmiechnąć. Nawet nie miałam ochoty. Chciałam mu jakoś udowodnić, że źle myśli… ale nie miałam jak.
- Poczekaj aż urodzi się dziecko, zrobisz test i zobaczysz, że jest twoje.
- Na pewno. Pewnie z lekarzami też masz jakieś układy, podrobią wyniki. – warknął.
Otworzyłam szerzej oczy.
- Oszalałeś.
Zachował się jak chory psychicznie człowiek. Pierwszy raz widziałam go takiego. Podejrzewał mnie o wszystko co najgorsze. Wstałam i podeszłam do niego.
- Uspokój się. Dobrze wiesz, że nie zdradziłam cię.
Chciałam go przytulić, ale on agresywnie mnie odepchnął.
- Jestem, kurwa, bezpłodny! TO NIE JEST MOŻLIWE, ROZUMIESZ?!
- Rozumiem, ale naprawdę cię nie zdradziłam, więc nie jest możliwym…
Przerwał mi uderzając mnie w twarz.
- Przestań kłamać, zakłamana dziwko! Po co w to brniesz?! NIE MOŻESZ BYĆ ZE MNĄ W CIĄŻY! PO CO CHCESZ, ŻEBYM CI UWIERZYŁ?! IDŹ DO TEGO, Z KTÓRYM TO DZIECKO ZROBIŁAŚ!
Łzy naszły mi do oczu. Nie wiedziałam co mam zrobić. Tak bardzo go kochałam.. nawet po tym co dzisiaj powiedział i zrobił. Nie chcę żyć bez niego.
- Chcesz pieniędzy? – syknął. – Czego ty ode mnie chcesz?!
- Chcę tylko ciebie… - powiedziałam cicho.
-NIE ZACZYNAJ TYCH SWOICH GIEREK! ZNOWU SŁODZIUTKA I MILUTKA?! NIE NABIORĘ SIĘ JUŻ NA TO!
- Kuba… - szepnęłam i dotknęłam jego ramienia.
- NIE DOTYKAJ MNIE! – uderzył mnie jeszcze raz. Tym razem tak mocno, że straciłam równowagę.
Spojrzałam na niego z niechęcią.
- Wyjdź z mojego domu. – warknęłam.
- NIGDZIE NIE PÓJDĘ, DOPÓKI NIE PRZEPROSISZ.
- NIE MAM ZA CO PRZEPRASZAĆ, IDOTO! – krzyknęłam.- NIE CHCESZ, TO NIE WIERZ, PO PROSTU SOBIE IDŹ, ZOSTAW MNIE W SPOKOJU!
- JAK MNIE NAZWAŁAŚ?!
- SŁYSZAŁEŚ! – przekrzyknęłam go.
- Głupia zdzira. – syknął i mnie kopnął.
Zastygłam ze zdziwienia.
- Czy ty właśnie…
- Co? – uśmiechnął się, jakby sprawiało mu to przyjemność.
- Wiesz co…
Kopnął mnie jeszcze raz.
- To?
Zamknęłam oczy z bólu. Zrobił to jeszcze raz.
- TO ? NIE LUBISZ TEGO DZIWKO?!
- Wyjdź stąd. – syknęłam. – WYNOCHA, ALE JUŻ! – wydarłam się na pół Londynu.
Zaśmiał się choro.
- Nigdzie nie pójdę. Dostaniesz to, na co zasłużyłaś.
Wystraszyłam się.  Jeżeli chciał mi jeszcze coś zrobić…
- Po prostu idź sobie. – jęknęłam błagalnie.
- Co? Silna Monika nie może sobie poradzić z mężczyzną? Gdzie twoje umiejętności samoobrony? – prychnął.
Nie mogłam się ruszyć. Byłam obolała. Już miałam coś powiedzieć, gdy usłyszałam znany mi głos.
- Monika? Wszystko ok? – to Emily.
Weszła i zobaczyła nas. Otworzyła szerzej oczy i zesztywniała. Z boku musiało to wyglądać naprawdę źle.
- Co on ci zrobił? – wysyczała przez zęby.
- To na co zasługuje. – zaśmiał się Kuba.
Spojrzała na niego z obrzydzeniem. Odwróciła się i wyszła.
- Fajna koleżanka. Fajne ma cycki. – uśmiechnął się do mnie.
Ja tylko spojrzałam na niego i zastanawiałam się jak mogłam go kochać. Nie kochałam go, kochałam tylko jego dobrą stronę. Ukrył przede mną tą złą. Myślałam, że jej nie ma.. a tu niespodzianka! Jednak jest. W tym momencie chciałam tylko, żeby wyszedł. Nagle drzwi trzasnęły i Emily znowu przyszła.
- Wychodzisz zanim doliczę do trzech… Inaczej załatwimy to inaczej.
Kuba tylko prychnął.
- Ciekawe.
- Raz.. – uśmiechnął się. – Dwa.. – skrzyżował ręce na klatce piersiowej. – Trzy. – przeniósł ciężar ciała na lewą nogę.
- I co teraz? – uśmiechnął się.
- Chodźcie! – skierowała się do drzwi.
Weszło z 6 – 7 facetów. Peter, Josh, Marco, Travis, Ray i kilkoro mi nieznajomych. Od razu podeszli do niego i podnieśli. Kuba próbował się wyrwać. Ale ja już nie rejestrowałam nic. Łzy zaczęły mi spływać po twarzy.  Poczułam ręce oplatające mnie mocno. Spojrzałam, jak Kuba próbował się wyrwać. W końcu Peter nie wytrzymał i uderzył go w twarz. Odwróciłam wzrok. Nie chciałam na to patrzeć. Udało im się go stąd zabrać. Po jakiejś chwili Emily zapytała:
- Może chcesz żebym tu z tobą została? Albo lepiej, chodź do mnie.
- Nie trzeba. Nic mi nie jest, nie chcę wam zawracać du..
- Nawet mnie nie denerwuj. – przerwała mi. – Idziesz z nami.
- Posłuchaj to naprawdę nie jest potrzebne.
- Jest. Nie czujesz się dobrze, nie jesteś bezpieczna, on może tu w każdej chwili wrócić.
- Nic mi nie zrobi..
- Właśnie widziałam. Odbiło mu. Idź na górę i weź potrzebne rzeczy, ja tu poczekam.
Stwierdziłam, że nie ma sensu się z nią kłócić i tak będę musiała w końcu do niej jechać. Wstałam i poszłam na górę po rzeczy. Po jakichś 20 minutach już schodziłam. Zatrzymałam się na schodach słysząc Petera.
- Posłuchaj, jemu odpierdoliło totalnie, trzeba go zamknąć, zabić, wywieźć, cokolwiek, byle tylko nie mógł się do niej zbliżyć.
- Co? Nie przesadzaj.. – odpowiedziała Em.
- Nie przesadzam. Powiedział, że zabije ją, tego faceta i dziecko.
- Czekaj.. jakiego faceta? Jakie dziecko? – usłyszałam ogromne zdziwienie w jej głosie.
- Nie wiem. Ale ona musi stąd jak najszybciej wyjechać..
- Nie może. – przerwała mu. – Ma tu pracę, uczelnie, jej życie się tutaj odbywa. Nie może wszystkiego rzucić i odjechać.
- Trzeba go jakoś załatwić..
Nie miałam ochoty tego dalej słuchać. Tupnęłam, żeby wiedzieli, że idę i zeszłam na dół. Od razu zmienili temat na jakieś głupoty.
- I co, gotowa? – spytał Peter.
- Ta. – mruknęłam.
- No to jedziemy. – uśmiechnął się.
Wymusiłam coś na uśmiech. Widziałam współczuje w ich oczach. Nie było to potrzebne. Nie czułam bólu, gniewu, smutku, rozczarowania, żalu. Nie czułam niczego. Byłam bez uczuć, wyparowały gdzieś. Nie przeszkadzało mi to. Wolę nic nie czuć niż płakać. Po jakiejś godzinie byliśmy na miejscu. Emily mieszkała po drugiej stronie Londynu. Weszliśmy do środka, a Peter poszedł pod prysznic.
- Chcesz coś jeść? – spytała.
Niedobrze nu się zrobiło na myśl o jedzeniu.
- Nie, dzięki. – odmówiłam.
- Musisz coś jeść. Co dzisiaj jadłaś?
- Nie pamiętam. Śniadanie,  lunch… i w międzyczasie coś jadłam.
- To nie dużo.
- Naprawdę nie jestem głodna. – zapewniłam ją.
- A boli cię coś? W ogóle dlaczego zaczął wariować? Coś się stało?
- Nie, nic mnie nie boli. – nie byłam pewna, czy powiedzieć jej, że jestem w ciąży. – Stało się coś.. raczej ktoś..
- Zdradził cię? Ty jego raczej nie..
- Nie, nie o to chodzi… Ja… po prostu jestem w ciąży.
- I dlatego wybuchł? – zdziwiła się. – Przecież dużo osób zachodzi w ciążę, jesteście dorośli, sporo zarabiacie…
- Wiem to. On mówi, że jest bezpłodny… ale przecież to niemożliwe. Nie zdradziłam go, tylko z nim uprawiałam seks. Nie jest możliwym, żeby ktoś inny był ojcem.
- Cholera… - jęknęła. – Nie wierzy ci.. a takie rzeczy się zdarzają. Znam dziewczynę, która była bezpłodna i zaszła w ciąży. Takie wyjątki się zdarzają.
- Wiem, właśnie wiem… ale on mi nie wierzy. Myśli, że go zdradziłam. Pojebało go. Myśli teraz, że zdradzam go z każdym.
- On cały czas musiał być taki. On to ukrywał… - syknęła.
- Nie ukrywał… nie chciał mnie zranić… panował nad tym. Nigdy mnie nie bił. Kilka razy tylko dostałam w twarz. Kończyło się na krzyku. No i bił się też z chłopakami, ale nie ze mną.
- No prawie każdy facet bił się z innym facetem, to nie jest złe. Ale ciebie nie miał prawa uderzyć. Mam gdzieś czy w twarz, czy nie, mocno, czy nie, nawet jeśli bardzo go wkurwiłaś, nie ma prawa.
- Niby nie, ale kilka razy poważnie go wyprowadziłam z równowagi i..
- Nawet nie waż mi się tak myśleć! – przerwała mi. – Jak możesz zwalać to na siebie?! NIE MIAŁ PRAWA! ŻADEN MĘŻCZYZNA NIE MA PRAWA UDERZYĆ KOBIETY.
- Wiem, masz rację.. ale ja już nie wiem co mam myśleć… Nie wiem czemu biorę całą winę na siebie. Kocham go, próbuję go usprawiedliwić.
- To źle. Nie możesz go usprawiedliwiać.
- Wiem..
- Jestem z tobą, kochanie. – powiedziała i mocno mnie przytuliła. – Może idź spać? Prześpij się z tym i jutro może będzie lepiej.
- Chyba tak zrobię. Ciekawe czy Peter…
- Co ja? – spytał Peter, który schodził po schodach.
- Nic, nic. Dobranoc. – powiedziałam.
Wzięłam torbę, poszłam na górę, szybko się umyłam i położyłam do łóżka. Chciałam zasnąć, ale nie mogłam. Po prostu nie mogłam. Myślałam o nim cały czas. To takie popieprzone. Chciałam, żeby odszedł, chciałam żeby mnie zostawił, żeby to się skończyło, ale chciałam, żeby nigdy mnie nie opuszczał, żeby było tak dobrze jak wcześniej. Ale nie mogłam z nim być. On nie był dla mnie dobrze. Powinnam to skończyć dawno temu. Lepiej późno niż wcale. Wiedziałam, że ten związek nie wyjdzie mi na dobre i zamiast nie wplątywać się w to, ja się zadurzyłam jak nigdy wcześniej. Trudno. To musi się skończyć. Nie mogę tak żyć.


***

Minęło kilka dni. Żyłam u Emily i wszystko było w miarę ok. Niby nie spałam po nocach, ale po Kubie nie było ani śladu. Mimo tego wszystkiego, ciągle się za nim oglądałam. Nie chciałam tego robić, ale nie mogłam inaczej. Nigdzie go nie było i w sumie lepiej dla mnie. Właśnie skończyłam audycję, gdy usłyszałam jakieś zamieszanie. Poszłam zobaczyć co się dzieje i to co zobaczyłam całkowicie mnie przeraziło.


środa, 17 lipca 2013

XL

Najpierw bardzo przepraszam, ale miałam trochę problemów. Nie wiem , czy na pewno rozdziały będą regularnie.




Dwa miesiące. Dwa cholerne miesiące, które ciągnęły się jak dwadzieścia lat. Codziennie zasypiałam myśląc o nim, martwiąc się. I wreszcie po tych dwóch miesiącach stoję tu i czekam na niego. Wreszcie nadszedł ten dzień. Dzień, na który czekałam tyle czasu. Niech on szybciej wychodzi, za bardzo się stęskniłam. Skype to nie to samo co rozmowa twarzą w twarz. Wreszcie dostrzegłam znajomą twarz. Uśmiechnęłam się. On też mnie zauważył. Nawet nie myślałam o tym co robię, zaczęłam biec w jego stronę, on puścił swoje rzeczy i rozłożył ramiona. Po kilkunastu sekundach znalazłam się w upragnionym miejscu. Strasznie się stęskniłam. Wtuliłam się w niego, a on trzymał mnie mocno. Staliśmy tak i nie przeszkadzało nam, że ludzie się patrzą. Dwa miesiące to długo. Naprawdę długo.
- Nawet nie wiesz jak się stęskniłem. – szepnął.
Podniosłam głowę, spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się.
- Uwierz mi, ja też. Bardzo, bardzo, bardzo.
Uśmiechnął się i cmoknął mnie w usta.
- Do domu? – spytał.
- Jeszcze chwilkę.  – jęknęłam.
Poczułam ruszanie się klatki piersiowej, a zaraz po tym cichy chichot. Nie chciało mi się go puszczać. Złapał mnie za ramiona, odsunął od siebie i przejechał wzrokiem po moim ciele. Nie chciałam, żeby to robił, gdy wyjechał zaczęłam więcej jeść i przytyło mi się z pięć kilogramów. Tak to jest, gdy jestem smutna, zła, zmartwiona, szczęśliwa, gdy targają mną emocje to jem. Ale on się tylko do mnie uśmiechnął.
- Jak zawsze piękna. – powiedział. – Teraz tylko zauważam to bardziej.
Chyba się zarumieniłam.
- Tobie mogę powiedzieć to samo. Opaliłeś się. – dotknęłam jego twarzy.
- Tylko troszkę. – zaśmiał się. – Chodź do domu.
- Ok.
Wziął walizki, ja wzięłam jedną, bo więcej mi nie pozwolił i poszliśmy do samochodu. Po wpakowaniu wszystkiego do bagażnika, pojechaliśmy do domu.
- Co tak pachnie? – spytał Kuba, gdy wszedł do środka.
- Kolacja. – uśmiechnęłam się.
Tak, postarałam się chyba, bo była lazania. Niby nie jest trudna, ale tu się bardzo postarałam.
- Miałem nadzieję, że to powiesz, bo jestem strasznie głodny.
- Widzisz, tak właśnie myślałam, że jak wrócisz, to będziesz głodny.
- Kocham cię. – powiedział i podszedł do mnie.
- Ja ciebie też. – odpowiedziałam i wtuliłam się w niego.
Usiedliśmy i jedząc opowiadaliśmy sobie co się działo przez te dwa miesiące. Zjedliśmy i poszliśmy do salonu, żeby obejrzeć jakiś film. Leżeliśmy sobie, gdy w pewnym momencie zaczęłam się źle czuć. Od razu usiadłam.
- Co jest? – spytał Kuba.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, pobiegłam do łazienki, żeby zwymiotować.
- Cholera. – syknęłam, gdy skończyłam.
- Nic ci nie jest? – spytał Kuba, wchodząc do łazienki.
- Nie wiem.. miałam tak już kilka razy. Chyba jest coś nie tak z moim żołądkiem.
- Jutro pojedziesz do lekarza i się dowiesz. Jeśli wymiotujesz po posiłkach to nie jest dobry znak. Może jakieś zatrucie?
- Pewnie tak. – jęknęłam. – Nienawidzę być chora.
- Nikt tego nie lubi. – zaśmiał się Kuba.
- Na którą masz jutro? – spytałam.
- Na 8. – jęknął.
- Ja też… więc chodźmy może już spać.
- Ok.


***

- Dzień dobry. – powiedziałam podchodząc do rejestracji. – Ja byłam umówiona, na godzinę 17, Monika Barnen.
- Tak, teraz lekarz jeszcze kogoś przyjmuje, proszę usiąść i zaczekać.
- Dobrze, dziękuję.
- Nie ma za co.
Usiadłam sobie na krześle i zaczęłam rozmyślać. Oby to nie było nic poważnego… oby nie grypa żołądkowa. Może to po prostu jakaś niestrawność. Nie lubię siedzieć i czekać. Szczególnie tutaj. Patrzeć jak wchodzą schorowani ludzie, szczególnie dzieci. Okropne, zawsze jest mi smutno. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego Bóg skazuje ludzi na choroby. To znaczy, nie sądzę żeby to była kara, bo możliwe, że niektórym choroba jest potrzebna, bez niej byliby inni, gorsi. Nie rozumiem też, dlaczego ludzie się śmiali z chorych osób. Nie chodzi mi o te przelotne choroby. Chodzi mi o choroby, które trzymają się człowieka całe życie. Przecież oni nie mają wpływu na to, czy są chorzy, czy nie. Przecież nawet chory nie oznacza gorszy. Dlaczego jest gorszy? Właśnie wręcz przeciwnie… jest lepszy. Wytrzymuje z poważną chorobą całe życie. Walczy z nią. Ma siłę. Gdyby teraz większość ludzi zachorowało na jakąś nieuleczalną chorobę, to pewnie nie poradziliby sobie psychicznie, bo może fizycznie jeszcze tak. Dlatego ja zawsze podziwiam chorych. Mimo swojego losu potrafili być uśmiechnięci, często nawet bardziej niż zdrowi. Trzeba być naprawdę silnym.
- Zapraszam. – głos doktora wyrwał mnie z rozmyślań.
Weszłam do gabinetu i usiadłam na krześle. Opowiedziałam mu jak się czuję.
- Proszę się tu położyć.
Zrobiłam to co kazał, a on zaczął mi jeździć ręką po brzuchu. W pewnym momencie zatrzymał rękę i spojrzał się na mnie dziwnym wzrokiem.
- Wie pani co…? – zaczął. – Wydaje mi się, że powinien to zobaczyć ginekolog.
Otworzyłam szerzej oczy.
- C- co? – jęknęłam.
- Podejrzewam, że jest pani po prostu w ciąży.
Serce stanęło mi w miejscu. CO?! Miałam ochotę uciec z krzykiem. To nie jest możliwe. NIE JEST MOŻLIWE. Przecież… przecież wszystko było ok, prezerwatywa ma dużą skuteczność…
- To musi być pomyłka.. to nie jest możliwe… - powiedziałam niewyraźnie.
- Możliwe, że to pomyłka, dlatego powinien obejrzeć panią ginekolog.
- Dobrze.
- Zaraz pani to załatwię, żeby nie musiała pani przychodzić dwadzieścia razy. – uśmiechnął się do mnie.
- Dziękuję. – wymusiłam coś na kształt uśmiechu.
Wyszedł.
- Boże.. – jęknęłam sama do siebie.
To na pewno pomyłka. Przecież… nie. Chcę dziecka. Nawet kilkoro dzieci… ale nie teraz. Jezu, w co ja się wpakowałam, jestem z nim przez 4 miesiące i wpadłam. Jak jakaś dziwka. Kto normalny zachodzi w ciążę z chłopakiem, którego zna 4 miesiące? Kocham go, ale to naprawdę krótki okres czasu. Jeśli mnie zostawi? Przecież jak mnie zostawi… to ja sobie nie poradzę… już nawet nie chodzi o dziecko. Ja ledwo co przeżyłam dwa miesiące ze świadomością, że wróci. Niby te głupie 4 miesiące to tak krótko.. ale ja nie umiem bez niego właściwie funkcjonować. Niech mnie nie zostawi… jeśli faktycznie jestem w ciąży (oby nie), niech mnie nie zostawi. Tego bym nie zniosła. Może pokocha to dziecko. W końcu to jego dziecko. Tylko z nim uprawiałam seks. Nie jest możliwe, żeby zwątpił w to, że jest ojcem. Nie ma takiej możliwości. Oby nie powiedział, że go zdradziłam przez te dwa miesiące. Nie miałabym chyba takiej możliwości, bo całe noce rozmawialiśmy przez telefon. On mi ufa. Będzie dobrze. Będzie dobrze. Będzie dobrze. Używałam tych słów jak zaklęcia. Będzie dobrze, nie może być źle. NIE MOŻE. Mam 21 lat, mogę już mieć dziecko. On ma 22. Kiedyś ludzie mieli dzieci tak wcześnie. Ogarnął mnie strach. Nie wiem co myśleć, czy się cieszyć, czy płakać. Powinnam się cieszyć. Będę matką.. Jezu, sama dopiero się rodziłam… Pamiętam jak byłam mała… a teraz sama będę matką.. Nie, jeszcze nic nie wiadomo, zaraz dowiemy się czy na pewno jestem w ciąży. W tym momencie otworzyły się drzwi i weszła jakaś kobieta.
- Proszę ze mną. – uśmiechnęła się.
I czas poznać prawdę.
Poszłam za tą kobietą, weszłyśmy do jakiegoś gabinetu.
- Jestem doktor Moore. Robiła sobie pani test ciążowy?
- N- nie.. nie spodziewałam się ciąży.
- Dobrze, to tutaj mam.. – schyliła się i wyjęła pudełeczko. – Proszę, tam jest toaleta.
- Mhm. – mruknęłam i udałam się w skazane przez nią miejsce.
Negatywny, negatywny, negatywny. Następne zaklęcie. NEGATYWY, MA WYJŚĆ NEGATYWNY. Poczekałam, wzięłam go do ręki. Cholera. Mocniej go zgniotłam i wróciłam do gabinetu.  Pani Moore spojrzała na mnie pytająco.
- Pozytywny. – powiedziałam, próbując zamaskować rozgoryczenie i smutek.
- No cóż, teraz panią zbadam i dowiemy się więcej szczegółów.
Boże… mam w sobie dziecko. To jest takie… dziwne uczucie. Właśnie ktoś we mnie rośnie. Ciekawe czy to chłopczyk, czy dziewczynka. Co ja bym wolała? Raczej chłopczyka. Żeby opiekował się później siostrą.  Tak. Ciekawe jak zareaguje Kuba? Powiedzieć mu dzisiaj, czy najpierw przygotować go do tego, a potem mu powiedzieć? Nie mam pojęcia. Nigdy nie miałam takiej sytuacji, nie byłam świadkiem takiej sytuacji. Jedna z niewielu sytuacji, w których nie wiem co zrobić.
- Jest to drugi miesiąc. – powiedziała doktor Moore.
Nie dziwię się, przecież nie mogłoby być inaczej. Nie zdradziłam go, to jest jego dziecko. A, że ostatnio działo się przed jego wyjazdem… mogłam poczekać dłużej, dlaczego tego nie zrobiłam?
- Tu widzi pani, jest główka.
Spojrzałam na monitor. Jaka malutka postać. Strasznie malutka. W dodatku znajduje się ona w moim brzuchu. Jest piękna. Ale dlaczego musiała się pojawić akurat teraz?
- Wydrukować? – spytała.
- Poproszę. – wydukałam.
- Tu ma pani broszurkę, jak pani powinna wiedzieć musi teraz pani trochę się ograniczać, ale to tylko dla zdrowia dziecka.
- Tak, wiem..
- No i to by było na tyle, będziemy musiały się jeszcze umówić, jakoś za miesiąc.
- Dobrze.
- Tutaj, moja wizytówka. – podała. – Proszę się skontaktować.
- Dobrze.
- To tyle, dziękuje, dowidzenia.
- Dowidzenia. – powiedziałam i wyszłam.
Szłam do samochodu jak w transie. Byłam nieobecna, z daleka pewnie wyglądałam jak zombie. Nie wiedziałam co myśleć, więc nic nie myślałam, mimo że głowa prawie eksplodowała od nadmiaru myśli, nie skupiałam się na nich. Nie chciałam wyobrażać sobie jak będzie. Jak będzie, tak będzie. Nie warto nad tym rozmyślać, jeszcze się rozczaruję, a jeśli nie skupię się nad tym, to może będę miło zaskoczona? Dojechałam do domu i weszłam do środka. Spojrzałam na zegarek: 19.58.
- Jestem! – krzyknęłam, wiedząc , że Kuba już wrócił.
Dodatkowo czułam rozkoszny zapach. Szkoda tylko, że nie mam apetytu. Nic mnie nie zachęci do jedzenia.
- Hej kochanie. – Kuba podszedł do mnie i cmoknął w usta.
- Cześć. – wymusiłam uśmiech.
- Głodna? – spytał.
- Nie za bardzo..
- Jadłaś coś?
- Tak. – skłamałam.
- Dlaczego? Wiedziałaś, że pewnie coś zrobię.
- Wiem, ale już nie mogłam wytrzymać.. – brnęłam dalej.
- No ok, ale zjedz tylko troszkę. Ze mną. Lub wypij herbatę. Cokolwiek, tylko ze mną usiądź.
- Dobrze, zaparzę sobie miętę.
- Ok, czekam w jadalni. – powiedział i poszedł.
Poszłam do kuchni i szybko zaparzyłam sobie ulubioną miętę. Napiłam się trochę i uspokoiłam. Udałam się z kubkiem do jadalni i usiadłam naprzeciwko Kuby.
- Jak ci minął dzień? – spytałam.
- Całkiem przyjemnie. Na uczelni jak zawsze, a w pracy sporo klientów. Trudno nam było wszystko ogarnąć, ale daliśmy radę. A co tam u ciebie?
Powiedzieć, czy nie?
- Jak zawsze. Na uczelni trochę ciekawiej, odwiedziła nas pani James, dziennikarka BBC, w pracy jak zawsze super, tam nigdy nie ma nudy.
- Wiem, słuchamy tego radia w kuchni.
- To dobrze. – uśmiechnęłam się blado.
Zapadła niezręczna cisza. Powiedzieć, nie powiedzieć? Myśli ciągle krążyły po mojej głowie.
- Monika, wszystko ok? – spytał Kuba. – Intensywnie nad czymś myślisz.
- Wszystko ok.. – powiedziałam niepewnie.
- Nie okłamuj mnie, jesteś blada, nie jesz i jesteś nieobecna myślami. Coś się stało?
Nie powiem mu.. boję się.. No dalej, powiedz mu. POWIEDZ MU MA PRAWO WIEDZIEĆ!
- Jestem… w ciąży. – wydukałam.
Otworzył szerzej oczy. Następnie je zamknął i chwilę później otworzył. Próbował się uspokoić.
- Byłaś u lekarza? Sprawdzałaś to? Pewnie ci się wydaje, to, że źle się czujesz nie oznacza, że jesteś w ciąży, dużo by było…
- Byłam u lekarza. – przerwałam mu.
Zamknął oczy i się nie odzywał.
- Ja wiem, że to nie najlepszy czas, sama jestem zdziwiona, przecież byliśmy zabezpieczeni, ale nic na to nie poradzę…
- Ty podpuszczalska dziwko. – syknął przez zęby, otwierając oczy. – Jak mogłaś?!
Zesztywniałam.
- Słucham?
- DWA MIESIĄCE! DWA GŁUPIE MIESIĄCE MNIE NIE MA, A TY JUŻ LECISZ DO INNEGO?!
- Co? Kuba, co ty mówisz, nie zdradziłam cię.. jak w ogóle mogłeś tak pomyśleć? Przecież..
- Jestem bezpłodny. – warknął.

COOOOO?!

czwartek, 11 lipca 2013

XXXIX

- Co ty tu robisz? – pisnęłam.
- Znasz go? – spytał zdziwiony szef.
- Tak, błagam, puśćcie go, to nie kryminalista. – jęknęłam.
- Dobra… ale wyprowadź go z budynku.
- Dobrze.
Pociągnęłam go za rękę i wyprowadziłam.
- Co ty zrobiłeś?! – krzyknęłam od razu.
- Nic wielkiego..
- KUBA!
- Tylko chciałem z nim porozmawiać.. jejku nic wielkiego.
- O czym?
- O programie… - powiedział niepewnie.
- I po co?
Byłam zdenerwowana.
- Żeby z niego zrezygnowali…
- I tak tego nie zrobią! Mogłeś mi powiedzieć… będę miała kłopoty..
- Nie będziesz, wyluzuj.. nic nie zrobiłem.
- Co im powiedziałeś?
- Niewiele, nie chciał słuchać.
- To dlaczego cię wyprowadzili? – nie rozumiałam.
- Jeszcze się nie domyśliłaś? Nie chciał mnie…
- Podniosłeś na niego rękę?! – pisnęłam.
- No… tak jakby..
- ONI MNIE WYWALĄ!
- Wcale nie, nie przesadzaj…
- JAK TO NIE PRZESADZAJ?! CZY TY NIE ROZUMIESZ CO ZROBIŁEŚ?!
- Wyluzuj..
- Niks.. musisz wracać. – Josh nam przerwał.
- Już idę. – odpowiedziałam mu. – Pogadamy sobie później. – skierowałam się do Kuby.
Weszłam do studia. Program musiał zacząć, więc nikt nie mógł mi nic zrobić. Dobrze.

***


- Nie wierzę, jak mogłeś to zrobić?! – wykrzyknęłam wchodząc do salonu.
- Normalnie. – wzruszył ramionami. – Już się uspokój, nic ci nie jest.
- Właśnie, że jest! Nawet nie wiesz, jaki opieprz dostałam!
- Nic ci nie jest..
- KUŹWA KUBA! POSZEDŁEŚ I NAROBIŁEŚ MI KŁOPOTÓW! NAWET PRZEPRASZAM NIE POWIESZ?!
- Przepraszam. – powiedział.
Całkiem gładko poszło.
- Bardzo cię przepraszam… to był taki trochę spontan. – powiedział i podszedł do mnie.
- Zdenerwowałeś mnie… - jęknęłam. – Zostaw moją pracę w spokoju.
- Dobrze. – przytulił mnie mocno. – Mam dla ciebie jedzenie.
- To dobrze. Jestem głodna.
Kuba się zaśmiał.
- W lodówce. Przygotować ci? – spytał.
- Poproszę. – powiedziałam i cmoknęłam go w usta.
Przygotował to w 5 minut. Postawił na stole, a ja stałam i patrzyłam się jak głupia. Jak ktoś tak idealny może mieć tyle wad? Stał i patrzył się na mnie. Zaczął iść w moim kierunku.. Uciekać? Nie, zobaczę co zrobi. Podszedł wziął mnie na ręce i zaniósł do kuchni. Wybuchłam śmiechem, a on okręcił nas wokół własnej osi, śmiejąc się razem ze mną. Mocno go przytuliłam, co zakręcił się całkiem gwałtownie. Zaśmiał się ze mnie i odłożył na krześle. Wzięłam sztućce i spróbowałam kurczaka, który leżał przede mną na talerzu.
- Mmm, dobre. – powiedziałam.
- Wiem to. – zaśmiał się. – Ale dziękuję.
- Nie ma za co. – zaśmiałam się.
Nastała cisza… Kuba patrzył się na swoje palce a ja jadłam. Trochę dziwne, zazwyczaj patrzy się na mnie. Postanowiłam nie pytać, sam mi powie. W swoim czasie. Cały czas jadłam, to było przepyszne.
- Monika… - zaczął wreszcie.
- Tak?
- Jest sprawa… - nie odzywałam się. – Ja… będę musiał wyjechać.
Co? Nie chcę, żeby wyjeżdżał…
- Ok… - powiedziałam cicho. – Na ile?
- Nie aż tak długo..
- Ile?
- 2 miesiące.
- CO?! – pisnęłam.
- Wiem, też nie za bardzo chcę jechać, ale muszę… Jedziemy nad morze, nauczą nas przyrządzać prawdziwe owoce morza.
- Aż dwa miesiące?! Przecież to cholernie długo!
- Wiem to. – mówił spokojnie. – Jest wyjście..
- Jakie? – spytałam od razu.
- Możesz ze mną jechać. – odpowiedział niepewnie.
- Dobrze wiesz, że nie mogę.. mam pracę.. studia… życie. Muszę tu zostać.
- Tak sądziłem… ale zapytać zawsze warto. – uśmiechnął się smutno.
- Nie chcę, żebyś wyjeżdżał. Na pewno nie na AŻ dwa miesiące!
- Wiem kochanie… ale muszę. Dobrze wiesz, jakby ciebie wysłali, też byś musiała.
- Wiem… ale… to długo…
- Wiem, nie tylko dla ciebie to długo. – jęknął. – Ledwo co dzień bez ciebie wytrzymuję, a co dopiero aż dwa miesiące.
- Nie chcę tego… musisz?
- Muszę.
- Ughh… kiedy?
- Pojutrze.
Upuściłam widelec. CO?!
- Dowiedziałem się dzisiaj.. nie wiedziałem.
- Jak to pojutrze?! – pisnęłam. – Nie mogą tego robić!
- Mogą. Niestety.
Jak to pojutrze? To przecież… za szybko. Zdecydowanie za szybko. Tak szybko na aż dwa miesiące…
- Nie.. - jęknęłam.

Wstałam i poszłam po szklankę wody. Dwa miesiące. Dwa miesiące bez niego. Przecież ja zwariuję. Poczułam jego ramiona na sobie i odstawiłam szklankę. Położył mi głowę na ramieniu i oplótł rękoma w pasie. Odwróciłam się do niego przodem, a on mnie pocałował. Wtuliłam się w jego tors. Złapał mnie za tyłek i delikatnie ścisnął. Zaśmiałam się i oplotłam go nogami, a on przeniósł mnie do sypialni. Zaśmiałam się. Mogłam się tego spodziewać.

poniedziałek, 8 lipca 2013

XXXVIII

- Hej kochanie. – usłyszałam głos Kuby.
Odwróciłam się przodem do niego. Uśmiechał się do mnie, odwzajemniłam uśmiech.
- Hej. – odpowiedziałam.
Złapał mnie za rękę i splótł nasze palce. Zaczął smyrać mnie po knykciach.
- Kocham cię. – powiedział.
- Ja ciebie też.
Pochylił się i delikatnie mnie pocałował. Jejku, nie sądziłam, że wczoraj tak szybko zasnę. To jednak jest męczące.
- Dziękuję. – powiedział.
- Za co?
- Za to, że się zgodziłaś, że tak bardzo mi ufasz.
- Nie ma za co. – odpowiedziałam zmieszana.
- Doceniam to co dla mnie zrobiłaś.
- Jejku, nie mów o tym jak o jakimś ryzykownym przemycie. To była też przyjemność dla mnie.
- Mówisz? – zaśmiał się. – To może jeszcze raz?
- Wiesz.. wolałabym troszkę odpocząć. – zaśmiałam się. – Jestem troszkę obolała.
Spoważniał.
- Co cię dokładniej boli?
- Zgadnij. – zaśmiałam się.
- Byłem delikatny?
- Tak, skończ już to.
- Nie lubisz o tym rozmawiać? – uśmiechnął się.
- Nie za bardzo.
- No dobrze więc. – zaśmiał się.
Przyciągnął mnie do siebie i leżałam oparta o jego tors. Wodził palcami po moim udzie, a ja nie wiedziałam co myśleć. Nie chciałam nic myśleć. Wabiła mnie słodka nicość i chciałam, żeby tak zostało. Mam dość problemów, przejmowania się tym wszystkim. On się denerwuje, ja się denerwuję i tak w kółko. Dlaczego nie może być słodko i spokojnie? NORMALNIE?
- Wiesz, że musimy iść na zajęcia? – spytał.
Jęknęłam. Ostatnia rzecz, jakiej pragnę. Piątek. Zaraz weekend. Będzie dobrze.
- A potem do pracy..
- Ugh, niee… - jęknęłam.
- Dostaniesz jedzenie. – zaśmiał się. – Jak chcesz, to będę mógł ci coś przywieźć.
- Ok. – usiadłam. – Chcę!
Kuba się zaśmiał i nadal leżał. Ależ on jest przystojny, no nie da się nie podziwiać jego urody. Po prostu się nie da. Patrzysz na niego i nie możesz uwierzyć, że jest ktoś tak przystojny… i że jest twój. To jest najdziwniejsze. Patrzysz na niego, jakiś grecki bóg, patrzysz na siebie i… brak słów. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Siadłam na nim okrakiem i spojrzałam na niego z góry. Patrzyliśmy tak na siebie nie wiem ile. Cisza mi nie przeszkadzała. Jemu raczej też nie. Podniósł się i zatrzymał twarz.
- Kocham cię. – powiedział bezgłośnie.
- Ja ciebie też. – odpowiedziałam, też nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
Pochylił się i delikatnie mnie pocałował. Bardzo delikatnie, jakby aksamit dotykał moich ust. Nie potrafiłam mu się oprzeć. Tak bardzo mi na nim zależało. Wplotłam palce w jego włosy i delikatnie je pociągnęłam. Poczułam jego uśmiech. Szybko się przekręcił i teraz ja byłam pod nim. Popatrzyłam na niego i chytrze się uśmiechnęłam. Wydawał się być rozbawiony. Wiedział co chcę zrobić? Szybko chwyciłam poduszkę i go uderzyłam. Spojrzał na mnie zaskoczony, ale nie miał czasu, bo znowu go uderzyłam i zrzuciłam z siebie. Zaśmiał się. Zaczęła się walka. Dziwnym trafem wygrywałam. Czyżby dawał mi wygrać? Przestałam go bić.
- Dajesz mi wygrać? – spytałam.
- Nie. – powiedział poważnie. – Jesteś silniejsza niż myślisz.
- To dobrze, bo..
Nie zdążyłam dokończyć, bo uderzyła mnie poduszka. Zaśmiałam się.

***


- Monika, chodź do mnie. – zawołał mnie Nick.
To pewnie w sprawie tej głupiej wpadki z wczoraj. Cholera, boję się. Chyba nie będę miała przez to problemów… Weszłam do pomieszczenia i usiadłam na wskazanym miejscu.
- Jak pewnie się domyślasz, chodzi o wczorajszy wywiad… - zaczął. – Ale to nie ja będę o tym z tobą rozmawiał, tylko szef, więc poczekaj tu, zaraz przyjdzie. – wyszedł.
O kuźwa… skoro szef chce ze mną porozmawiać, to nie jest dobrze. Szef (Patrick) wszedł do środka.
- Witaj Moniko, Nick ci już powiedział, dlaczego cię tu sprowadziłem. Byłem zaskoczony, gdy usłyszałem co wczoraj zrobiłaś. Nie spodziewałem się tego, Nick cię polecał, mówił, że jesteś profesjonalistką… było nam powiedzieć…
- Ja nie chciałam, żeby.. – przerwałam mu.
- Daj mi skończyć. – przerwał mi. – Jeżeli chcesz robić eksperymenty, to mów, że takowe planujesz. Musimy być przygotowani na takie rzeczy.. Cóż, cieszmy się, że ludziom się to spodobało. Mimo, że jestem wściekły za to co zrobiłaś, muszę wprowadzić twój pomysł w życie. Od dzisiaj jesteś odpowiedzialna za rady gwiazd dla słuchaczy.
Otworzyłam szerzej oczy. CO?! SERIO?!
- O jejku… dziękuję… i przepraszam. Po prostu szybciej skończyłyśmy i odegrałyśmy małą scenkę. To wyszło troszkę spontanicznie.. Nie planowałam tego nawet. Nie sądziłam, że ludziom się spodoba. Wow.
- Tak, wow. – powiedział. – Wow też, dlatego że wymyśliłaś coś tak dobrego na szybko. Inni musieliby sporo się zastanawiać, żeby to wymyślić.
- Czasami mam takie prześwity. – zaśmiałam się. – Cieszę się bardzo. Naprawdę.
- Wierzę. – powiedział.


***


- Szkoda, że nie mogłem wczoraj wpaść. – powiedział Kuba przytulając mnie.
- Nic się nie stało.. Co prawda liczyłam na dobre jedzenie, ale cóż. Przeżyłam.
- Haha, dzięki, myślałem, że się stęskniłaś.
- No oczywiście, że się stęskniłam. – powiedziałam.- Ale masz coś do jedzenia?
Roześmiał się.
- Może mam, może nie… jak nie przestaniesz o tym gadać, to nie dostaniesz.
- Jak możesz… - udałam oburzenie.
- Normalnie. – pocałował mnie w policzek.
Siedziałam mu na kolanach. Znajdowaliśmy się na kanapie, w salonie Kuby. Była sobota, a Kuba właśnie wrócił z pracy.
- Co u ciebie? – spytał. – Nie było problemów wczoraj? Wiesz, związanych z..
- Nie. – przerwałam mu. – Właśnie… Patrick był trochę wkurzony.. ale.. dał mi osobny program. Rady od gwiazd dla czytelników. „Gwiazdy ci doradzą”.
Patrzył na mnie zaskoczony.
- Wiem, że to dziwne, zupełnie się tego nie spodziewałam…
- Dali ci osobny program? – spytał z niedowierzaniem. – Żeby posłuchać problemów innych?
- Żeby doradziły im ich inspiracje. Wiesz, gdy podziwiasz kogoś, rada od tej osoby jest jak złoto.
- Głupota. Dzięki temu, ludzie będą mogli się pośmiać z problemów innych.
- Naprawdę tak to odbierasz? – spytałam zdziwiona.
- Tak. Twoi szefowie nie mają problemów. Mają kasę i idealne życie. Nie wiedzą co to problemy.
- Nie oceniaj ich tak. Pochopna ocena nigdy nie jest dobra.
- Po co ludzie będą opowiadać gwiazdom swoje problemy? To nie jest dobry pomysł, gwiazdy też normalni ludzie, lepiej iść do przyjaciela.
- Ale jeśli kogoś podziwiasz, to co robi…
- Ale ty jesteś naiwna.- przerwał mi.
- Albo ty pesymistyczny. – zauważyłam.
- Raczej realistyczny. Jestem realistą.
- Nie wiem… chyba przesadzasz..
- Nie przesadzam. Myślałem, że jesteś mądrzejsza… Chcą zarobić na ludzkich problemach. – warknął.
- Przesadzasz zdecydowanie. – powiedziałam spokojnie.
- Nie widzisz tego? Jeszcze będziesz to prowadzić… nie wierzę…
- Posłuchaj, skoro gwiazdy to też normalni ludzie, to mogą normalnie doradzić. Jeżeli kogoś słuchasz, lub podziwiasz za zachowanie to jesteś ciekawy co powie. Ludzie są tam anonimowi…
- Nie wierzę, serio jesteś tak głupia? To wszystko dla kasy! DLA KASY!
- Uspokój się… - powiedziałam nadal spokojnie.
- Nie mogę.. Powinnaś porzucić ten pomysł.
- Przestań już. Nie porzucę go, jest dobry.
- Dobra, jak wolisz. – jęknął.


***


- Już jestem! – krzyknęłam wchodząc do studia.
- PROSZĘ STĄD WYJŚĆ! – usłyszałam krzyk.

Co jest? Dobiegało to z gabinetu szefa. Nagle drzwi się otworzyły i wyszedł Kuba. KUBA?! Podtrzymywany przez ochroniarzy.. Szlaaag.